jesteś na stronie franciszkanie.pl

podcast | „W zakonie najtrudniejsze jest życie wspólne” | GOD vibes

„W zakonie najtrudniejsze jest życie wspólne” | GOD vibes

Czy zakon to miejsce dla ludzi „idealnych”, czy raczej przestrzeń, w której człowiek uczy się prawdy o sobie? Skąd dziś bierze się kryzys powołań: z braku odwagi, z nadmiaru bodźców, a może z pragnienia decyzji podejmowanych dojrzalej? Po co habit – i dlaczego lepsza jest reakcja niż obojętność? Jak rozeznawawać bez presji? Dlaczego wspólnota zakonna jest jednocześnie najpiękniejsza i najtrudniejsza?

Możesz również posłuchać w formie podcastów:

Zakon bez mitów: jak wygląda życie zakonne od środka?

Zakon bywa wyobrażany jak świat za szybą: inny, daleki, trochę tajemniczy. Jedni widzą w nim radykalizm, inni ucieczkę, jeszcze inni – relikt. A jednak, gdy tylko zacznie się słuchać ludzi żyjących wewnątrz, ten obraz ulega zmianie. Zostaje coś znacznie bardziej prawdziwego: zwyczajne człowieczeństwo przeżywane w niezwyczajnym wyborze.

W rozmowie s. Ewy Cieśli RM, Agnieszki Głowackiej i o. Marka Kowalcze OFM Conv  najmocniej wybrzmiewa właśnie to: życie zakonne nie zaczyna się od ideału, tylko od realnego człowieka – z jego historią, temperamentem, słabościami i pragnieniami. A zakon? Nie jest „instytucją, która robi z ludzi kopie”. Jest drogą, na której Bóg pracuje w konkretach.

Nieprzypadkowo temat wraca szczególnie mocno przy okazji 2 lutego – Dnia Życia Konsekrowanego. To dobry moment, żeby wyjść poza stereotypy i zobaczyć zakon takim, jaki jest naprawdę.

Powołanie to nie rekrutacja. To przestrzeń, w której trzeba… nie przeszkadzać

Wokół powołań łatwo wpaść w język „naboru” i „promocji”. A jednak życie zakonne rządzi się inną logiką. Siostra Ewa mówi o tym prosto: pierwszym zadaniem osoby, która towarzyszy rozeznającym, jest nie robienie hałasu tam, gdzie działa łaska.

„Pierwsze zadanie takiej osoby (…) to jest tak naprawdę nie przeszkadzać. (…) Przede wszystkim nie przeszkadzać Panu Bogu i Bożej łasce.”

To zmienia perspektywę: zakon nie „łowi” ludzi. Zakon ma pomagać im uczciwie sprawdzić, czy ich pragnienie jest prawdziwe, dojrzałe, możliwe do udźwignięcia – i czy rzeczywiście prowadzi do Boga, a nie do ucieczki przed sobą.

Kryzys powołań?

W rozmowie pojawia się temat, który wraca dziś jak refren: mniej wstępujących, mniej kandydatów, mniej „nowych twarzy” w klasztorach. Ale zamiast paniki jest spokojna diagnoza. Życie zakonne nie istnieje w próżni – jest zanurzone w kulturze, która uczy szybkich bodźców i łatwego zaspokajania potrzeb. A człowiek, karmiony ciągle „więcej” i „szybciej”, zaczyna tracić zdolność słuchania ciszy.

„Kryzys” może być również etapem dojrzewania: odejściem od liczebności na rzecz jakości, od automatyzmów na rzecz świadomej decyzji. Dla zakonu to trudne – bo wymaga cierpliwości i pokory. Ale bywa też owocne, bo oczyszcza motywacje.

Habit i znak: lepsza reakcja niż obojętność

Kiedy mówimy „zakon”, wielu ludzi widzi najpierw habit. Dla jednych to symbol, dla innych – bariera, dla jeszcze innych – powód zakłopotania. W rozmowie pojawia się anegdota o spotkaniu z turystami, którzy cieszyli się, że widzą siostry w habicie. Nie dlatego, że „to egzotyczne”, ale dlatego, że to przypomina o Bogu w miejscu, gdzie zwykle myśli się o czymś innym.

I jest w tym wątku zdanie, które zostaje w głowie, bo pokazuje duchową stawkę widzialnego świadectwa:

„Wydaje mi się, że 100 razy bardziej wartościowa jest jakaś reakcja, a boję się takich czasów, kiedy ja będę obojętnie mijana…”

Życie zakonne ma sens jako znak. Ale znak nie działa, gdy staje się niewidzialny – albo gdy zamienia się w „dekorację”. Dlatego tak ważne jest, by w centrum nie był sam znak, tylko to, co on pokazuje: relacja z Bogiem, która porządkuje całe życie.

Zakon nie robi z człowieka „nadczłowieka”. Robi z niego człowieka prawdziwego

Wielkim ciężarem dla życia konsekrowanego bywa oczekiwanie, że osoba zakonna będzie „bez skazy”: zawsze spokojna, zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa. To mit. Zakon nie jest dla ludzi idealnych, ale dla tych, którzy chcą iść drogą na serio – i którzy uczą się, że serio nie oznacza bezbłędnie.

Najpiękniejsze i najtrudniejsze w życiu zakonnym jest… to samo

W każdej rozmowie o zakonie prędzej czy później pojawia się temat wspólnoty. I tu pada zdanie, które powinno być obowiązkowym cytatem w każdej uczciwej opowieści o życiu zakonnym:

„Najpiękniejsze w życiu zakonnym jest życie wspólne i najtrudniejsze w życiu zakonnym jest życie wspólne.”

Wspólnota nie jest tłem. Jest przestrzenią, w której człowiek uczy się miłości konkretnej: cierpliwej, czasem wymagającej, często oczyszczającej. Różnice charakterów, zmęczenie, konflikty, napięcia pokoleniowe – to wszystko nie znika tylko dlatego, że ktoś złożył śluby. W zakonie te rzeczy czasem widać jeszcze wyraźniej, bo nie ma „łatwej ucieczki”.

Ale właśnie dlatego wspólnota może być szkołą wolności: wolności od własnego ego, od ciągłej potrzeby postawienia na swoim, od zamknięcia w sobie. To trudne. I piękne.

Zakon i świeccy: koniec „bańki”, czas spotkania

Siostra Ewa mówi wprost, że kontakt ze świeckimi ją rozwija i chroni przed zamknięciem w świecie „wewnętrznych spraw”:

„Nie jest dobrze żyć w bańce. A życie trochę we wspólnocie zakonnej trochę tym grozi.”

O. Marek mówi, że model duchownego odciętego i niedostępnego nie tylko nie pomaga – on jest po prostu nieprawdziwy.

„Duchowny, który jest odcięty od świata… to jest model, który się nie obroni, bo to jest dziwne, to jest nieprawdziwe.”

To ważne również dla świeckich: zakon nie jest „dla siebie”. Życie zakonne ma sens także jako służba – czasem bardzo cicha, czasem bardzo widzialna, ale zawsze związana z Kościołem, który jest wspólnym domem.

Nowa podejście do formacji

Niektóre historie dotyczące formacji w zakonie brzmią jak opowieści z innej epoki: brak prywatności, nadmierna kontrola, „nauka posłuszeństwa” rozumiana bardziej jak tresura niż rozeznawanie.

Jest jednak nowy kierunek, w którym idzie dziś wiele wspólnot: większa dojrzałość, szacunek do osoby, integralny rozwój, towarzyszenie, odpowiedzialność. Nie da się formować dzisiejszego człowieka narzędziami, które nie uwzględniają jego doświadczeń, wrażliwości i realnych wyzwań.

To nie jest „poluzowanie wymagań”. To szukanie sposobu, by wymagania prowadziły do Boga, a nie do frustracji.

podziel się:
Redakcja