jesteś na stronie franciszkanie.pl

podcast | Pojechała z bratem na lotnisko. Nie wiedziała, że żegna go na zawsze. Maria Kozieł | JESTEM

Pojechała z bratem na lotnisko. Nie wiedziała, że żegna go na zawsze. Maria Kozieł | JESTEM

Jak to jest obrabiać buraki pastewne ze swoim młodszym bratem, który wkrótce zostanie ogłoszony męczennikiem? Co czuje starsza siostra, gdy wraca z pola podczas sierpniowych żniw i dowiaduje się o brutalnej egzekucji najmłodszego z rodzeństwa na drugim końcu świata? W kolejnym odcinku serii JESTEM, poświęconym męczennikom z Pariacoto, poznajemy niezwykle poruszającą historię Marii Kozieł. Starsza siostra o. Michała Tomaszka dzieli się z nami swoimi najcenniejszymi wspomnieniami oraz pokazuje nam błogosławionego, jakiego do tej pory nie znaliśmy.

– Zawsze są to dla mnie emocje, zawsze wzruszenie, dziękując Bogu za takiego brata. Czy jesteśmy godni tego, żeby świadomie patrzeć i słuchać o nim tyle dobra? – zastanawia się na samym początku tego odcinka nasz gość.

 

Rysuje przed nami obraz delikatnego chłopca, a następnie oddanego kapłana, który zawsze miał czas dla drugiego człowieka. Rozmowa z panią Marią ukazuje prawdziwe oblicze o. Michała, jego ludzkie zmagania oraz niewyobrażalny ból rodziny po nagłej stracie. Serdecznie zapraszamy do obejrzenia materiału wideo i wsłuchania się w to szczere oraz głębokie świadectwo.

Narodziny i cudowna modlitwa matki

W naszej rozmowie wracamy do samego początku – odkrywamy niezwykle ciepły, wręcz filmowy obraz z pierwszych dni życia przyszłego męczennika. Kiedy bł. Michał Tomaszek oraz jego brat bliźniak Marek przyszli na świat w skromnym, wiejskim domu, ojciec wręczył starszym córkom monety, aby symbolicznie „kupiły” małych braciszków od położnej. Maria Kozieł wspomina również dramatyczne chwile z dzieciństwa, kiedy o. Michał bardzo ciężko zachorował. Lekarze przygotowywali matkę na najgorsze, jednak ona poszła do konkatedry w Żywcu i błagała Stwórcę: „Panie Boże, dałeś mi dwóch, to nie zabieraj jednego, nie rozdzielaj serca na pół”. Po jej powrocie do szpitala stan chłopca zaczął się cudownie poprawiać, co cała rodzina odczytała jako wielki znak wysłuchanej modlitwy.

Pani Maria zapamiętała brata jako niezwykle delikatnego chłopca. Nie uczestniczył on w najbardziej żywiołowych zabawach starszych dzieci. Wybierał dużo młodsze towarzystwo, bawił się z dziewczynkami w rodzinę oraz chętnie „odprawiał” dziecięce msze. W świetle jego późniejszej duszpasterskiej pracy te drobne wspomnienia nabierają ogromnego znaczenia.

Cierpienie, które nie przekreśliło powołania

Wsłuchując się w historię rodziny Tomaszków, dotykamy niezwykle bolesnego momentu, jakim była tragiczna śmierć ojca. Odebrał on sobie życie, kiedy bliźniacy mieli zaledwie dziewięć lat. Matka została w domu z czworgiem dzieci i własnymi rodzicami, jednak w tym dramacie bezgranicznie zaufała Bogu. To trudne doświadczenie pokazuje nam bardzo wyraźnie, iż świętość o. Tomaszka wcale nie wyrastała z życia wolnego od bólu oraz ogromnego cierpienia.

Nasza rozmówczyni wspomina też szczerze, jak mocno odradzała bratu pójście do seminarium. Błogosławiony miał bowiem spore problemy w nauce i musiał nawet powtarzać klasę. Siostra radziła mu szkołę zawodową, by mógł łatwiej zdobyć wykształcenie, jednak on uparcie dążył do swojego celu, a zniecierpliwiona matka wzięła w końcu syna w obronę. „Przestań go prześladować” – powiedziała wprost do pani Marii. Ojciec Michał uczył się z latarką ukrytą pod kołdrą, pokonał własne słabości, a z czasem zaczął nawet pomagać innym w nauce.

– Nieraz mi ta rozmowa przyszła na myśl po śmierci Michała, że to były niechlubne słowa – przyznaje ze skruchą dzisiaj jego siostra.

Ta przepiękna historia udowadnia, iż potknięcia w szkole wcale nie przekreślają tego, do jak wspaniałych rzeczy Pan Bóg powołuje człowieka.

Ojciec z tysiącami dzieci

Kiedy przyglądamy się kapłaństwu bł. Michała, widzimy człowieka, który nigdy nie oddalił się od swoich bliskich. Maria Kozieł opowiada, jak jej młodszy brat, będąc już kapłanem, odwiedzał ją w Trzebini. Widział, że siostra jest w ciąży i ma na głowie całe gospodarstwo rolne, więc po prostu stawał obok niej oraz pomagał jej obrabiać pastewne buraki. Kiedy pani Maria zapytała go kiedyś, czy nie żałuje braku własnej rodziny, o. Tomaszek odpowiedział z ogromnym przekonaniem: „Wszystkie istoty chodzące, które do mnie mówią ojcze, to są moje dzieci. Mam więcej niż wy”. Kiedy indziej, na siostrzane obawy o zachowanie celibatu, odrzekł dojrzale: „Tyle istot chodzi pięknych po ziemi […], ale to nie jest dla mnie. Bądź spokojna” – wspomina nasz gość.

Błogosławiony Michał Tomaszek kapłaństwo pojmował jako niezwykle szerokie, czułe i duchowe ojcostwo. Potrafił zachować ogromną dojrzałość, a jednocześnie z radością oraz z własnej, nieprzymuszonej woli sprzątał konfesjonały przed spowiedzią parafian. Gdy siostra zapytała ze zdziwieniem, czy on naprawdę musi to osobiście robić, uciął krótko: „Chcę”. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiał, błyskawicznie otaczała go gromadka zafascynowanych nim najmłodszych dzieci. Maria Kozieł wspomina moment, w jakim z nieskrywaną dumą patrzyła, jak Michał gra na gitarze pomiędzy kościelnymi ławkami i porywa do radosnego śpiewu dziesiątki maluchów.

Ostatnia podróż oraz listy z nieba

Z wielkim poruszeniem wsłuchujemy się w relację ze spontanicznego wyjazdu pani Marii na lotnisko w Warszawie. Musiała zająć się małymi dziećmi, jednak reszta rodziny przekonała ją, by potowarzyszyła bratu w jego ostatniej podróży przed wylotem do Peru. Dopiero po latach, z perspektywy brutalnej zbrodni, zrozumiała, jak wielkim darem była ta zaskakująca decyzja.

Później wszyscy bliscy z ogromną niecierpliwością czekali na pierwsze, papierowe listy z Ameryki Południowej. Błogosławiony pisał w nich, iż czuje się w nowym miejscu jak w niebie, co więcej – absolutnie nie odczuwa dzielącej ich odległości. Uspokajał też mamę oraz rodzeństwo, twierdząc, że terroryści nigdy nie zaczepiają księży ubranych w koloratki. Dziś wiemy, iż w ten sposób o. Tomaszek świadomie chronił swoich najbliższych przed paraliżującym lękiem i ukrywał przed nimi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Dramat żniw oraz matczyna pieśń

Docieramy do najbardziej wstrząsającego momentu całej rozmowy. Wiadomość o tragicznej śmierci męczenników dotarła do rodziny Tomaszków podczas ciężkich, sierpniowych żniw. Maria Kozieł wspomina, jak wróciła z pola do domu cała zakurzona, a na swoim podwórku zobaczyła przybyłych z Krakowa franciszkanów. Początkowo myślała, że o. Michał miał wypadek samochodowy. Dopiero wieczorne wiadomości uświadomiły jej, iż brat zginął od brutalnego strzału w głowę z rąk terrorystów.

Niezwykłym, cichym heroizmem wykazała się wówczas ich matka. Zaledwie dzień przed tragedią nauczyła się na pamięć pieśni: „Pij ten kielich Bożej woli, do ostatniej kropli sącz, a to serce, co tak boli, z sercem Bożym złącz”. Po otrzymaniu tak druzgocącej wiadomości nie pozwoliła sobie na płacz przy słabszej córce, aby dodać jej potrzebnych sił. Pani Maria zapamiętała matkę, która leżała krzyżem na podłodze, całkowicie i z wielką pokorą poddając się niezrozumiałym, boskim wyrokom.

Beatyfikacja oraz biały gołąb nadziei

W tym odcinku serii JETEM dowiadujemy się również, jak rodzina Tomaszków poradziła sobie z żałobą bez ciała i tradycyjnego pogrzebu bł. Michała w Polsce. Nasza rozmówczyni przyznaje, że początkowo ze łzami w oczach zadawała sobie pytanie: „Czy to prawda, czy on jeszcze może przyjedzie?”. Ogromne ukojenie przyniosły im słowa Jana Pawła II, który kilka dni po zamachu podszedł do bliskich zmarłego oraz powiedział, iż Kościół ma nowych świętych. Łzy rozpaczy z biegiem lat stopniowo zamieniały się w łzy wdzięczności.

– To nie były łzy rozpaczy czy straty, tylko wzruszenia, że to cząstka mojej krwi do tak wielkich, zacnych rzeczy doszła – podsumowuje siostra bł. Michała Tomaszka.

Prawdziwym spełnieniem marzeń dla Marii Kozieł stał się wyjazd do Peru na beatyfikację ukochanego brata. Wraz z siostrą przeszły piaszczystą trasę, trzymając się mocno za ręce – dokładnie tę samą bolesną drogę, jaką bojówkarze wywieźli zakonników na egzekucję. Kiedy podczas uroczystej mszy do pustego grobu o. Michała wleciał biały gołąb i pozostał tam w spokoju do samego końca ceremonii, rodzina odczytała to jako niezwykle piękny, osobisty znak nadziei od Boga.

podziel się:
Redakcja