Z czym musi zmierzyć się człowiek otwierający andyjską placówkę, widząc zaledwie dwa lata później trumny zamordowanych tam współbraci? W piątym odcinku serii JESTEM, poświęconym męczennikom z Pariacoto, poznajemy niesamowicie mocną historię o. Stanisława Olbrychta. Misjonarz inaugurujący w 1989 roku pracę polskich franciszkanów w Peru dzieli się poruszającymi szczegółami pożegnania zakonników i prostuje fakty dotyczące przejęcia osieroconej misji.
Nasz gość, mający za sobą blisko pół wieku posługi w Ameryce Południowej, opowiada o bolesnym zderzeniu z terrorem Świetlistego Szlaku, heroicznej walce o zachowanie relikwii męczenników oraz trudnej decyzji ratującej parafian. To szczere świadectwo ukazuje odwagę i wiarę, pozwalające przezwyciężyć największe zło. Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy, w której uczestnik tamtych dni wraca pamięcią do najbardziej dramatycznych momentów.
Widzę, że są za młodzi
Reprezentując prowincjała w 1989 roku, o. Stanisław oficjalnie obejmował misję w Pariacoto. Zastał tam pełnych entuzjazmu, ale niedoświadczonych w lokalnych realiach braci rozpoczynających pracę w skrajnie trudnych warunkach. Zwrócił się wówczas do mieszkańców, prosząc o wsparcie dla nowych duszpasterzy.
– Proszę was, żebyście otaczali opieką moich współbraci, bo widzę, że są młodzi, pełni energii, ale w wielu wypadkach muszą mieć doświadczenie miejscowe […]. Żebyście im pomagali, bo widzę, że są nawet za młodzi – wspomina swoje przemówienie o. Stanisław Olbrycht.
Słowa te, wypowiedziane z duszpasterskiej troski, po męczeńskiej śmierci nabrały dla świadków szczególnego, niemal proroczego ciężaru. W żartach wypominał mu to później ocalony o. Jarosław Wysoczański.
Prawdziwi bracia mniejsi
Nowi misjonarze błyskawicznie zdobyli serca mieszkańców. Terroryści ze Świetlistego Szlaku latami próbowali podporządkować sobie społeczność, podczas gdy młody o. Michał w krótkim czasie potrafił zgromadzić wokół siebie setki dzieci, wywołując wściekłość oprawców. Polacy nie zdobywali zaufania władzą ani propagandą, lecz bliskością oraz służbą. Zmieniali miejscowy obraz kapłana: opatrywali rany, wozili chorych do szpitala, parafialne samochody służyły za karetki, a duszpasterze pozostawali dostępni o każdej porze.
– Jak przyjeżdżał kapłan, to sprowadzali go z wielkimi oklaskami i z honorami, a tutaj jedni z nas. Oni są nasi, dla nas – zaznacza franciszkanin, podsumowując, iż mieszkańcy postrzegali ich po prostu jako prawdziwych braci mniejszych.
Zakonnikom groziło ogromne niebezpieczeństwo, z czego najprawdopodobniej zdawali sobie sprawę, otrzymując liczne pogróżki i wyrażając wolę pochówku w peruwiańskiej ziemi. Nikt jednak nie przypuszczał, że atak okaże się tak bezpośredni oraz brutalny.
Telefon przed świtem i uratowane relikwie
W połowie sierpnia 1991 roku nasz rozmówca przebywał w Boliwii. Przed piątą rano obudził go wstrząsający telefon z informacją, iż Świetlisty Szlak zamordował błogosławionych Zbigniewa i Michała. Bez wahania podjął decyzję o wyjeździe. Mimo zamkniętego w sobotę konsulatu, zdobył wizę oraz natychmiast ruszył w drogę. Podczas wielogodzinnej podróży toczył wewnętrzną rozmowę z Bogiem, pytając, jak pokazać światu, że przemoc nie kończy ich posługi.
– Zło nie może zwyciężyć. W Twoim wypadku nie zwyciężyło, tutaj też nie może zwyciężyć – relacjonuje ufną modlitwę o. Stanisław Olbrycht, odczytując w sercu jasną odpowiedź: „Nie martw się. Dalej, do przodu”.
Po dotarciu do Pariacoto zastał cztery trumny – dwóch franciszkanów i zamordowanych liderów wioski. Ekumeniczne czuwanie zjednoczyło wszystkich chrześcijan. Najbardziej rozdzierający moment nastąpił, gdy do kościoła przybiegły psy, którymi opiekował się o. Michał, a następnie położyły się przy trumnach, wywołując płacz zgromadzonych ludzi. Zwierzęta przestały jeść. Tuż po uroczystościach o. Stanisław stoczył walkę o zachowanie zakrwawionych ubrań męczenników, powstrzymując mieszkańców przed wypraniem ich w rzece. Ocalone koszule stanowią dziś najcenniejsze materialne dowody zbrodni.
Pogrzeb, w trakcie którego odważni parafianie przepędzili człowieka próbującego zakłócić modlitwę, okazał się momentem przełomowym. Jeden z biskupów ogłosił wówczas początek upadku Świetlistego Szlaku, a śmierć braci wywołała powszechny opór społeczności wobec terroru.
Będę tym znakiem
Po tragicznych wydarzeniach znalezienie zakonników gotowych podjąć pracę w miejscu naznaczonym strachem graniczyło z cudem. Pytano braci z całej Ameryki Łacińskiej, ale brakowało kandydatów. Nasz gość od razu zaoferował swoją pomoc.
– Jeżeli nie ma kogo, to ja będę tym znakiem – podkreśla z mocą franciszkanin, stając w obronie zasady, iż dobro musi ostatecznie zwyciężyć.
Trzy tygodnie po morderstwie towarzyszył o. Jarosławowi w pierwszym powrocie do zrujnowanej placówki. Widząc pakowane walizki, parafianie z lękiem pytali: „Opuszczacie nas?”. Następnie kapłani odbyli mrożącą krew w żyłach, nocną ucieczkę samochodem do Limy. Ostrzeżeni przez wojsko, nie pozwalali nikomu się wyprzedzić, unikając śmiertelnej zasadzki. Ojciec Olbrycht musiał przejąć kierownicę od wyczerpanego przełożonego, prowadząc przez całą noc ze śpiewem oraz modlitwą na ustach.
Mimo upływu lat, wielu mieszkańców zachowuje milczenie na temat egzekucji. Milczą z powodu paraliżującego strachu, doskonale wiedząc, że sprawcy nadal przebywają na wolności. Powodów zbrodni było wiele. Bracia przeszkadzali ideologom poprzez ogromny wpływ na młodzież, organizację pomocy żywnościowej, kategoryczny sprzeciw wobec narkotyków i osłabianie marksistowskich wpływów uderzających bezpośrednio w Kościół.
Trzeba kochać
W drugiej części naszej rozmowy zatrzymujemy się przy fascynującej historii posługi samego o. Stanisława, wypływającego w 1978 roku statkiem towarowym z Gdyni w dwumiesięczny rejs do Ameryki Południowej. Mając za sobą czterdzieści siedem lat misji, duchowny tłumaczy istotę swojego powołania. Zakonnik nie może żyć wyłącznie „obok ludzi” czy powielać ich zachowań. Musi żyć „dla nich” – stając się motorem oraz światłem na drodze. Gdy pytamy o tajemnicę tak długiej wytrwałości, odpowiedź uderza absolutną prostotą.
– Pojedziesz, będziesz się dobrze czuł, jak będziesz tych ludzi kochał – wyznaje ze wzruszeniem nasz gość, dowodząc, iż autentyczna miłość stanowi ostateczny i najpiękniejszy sens każdego posłania.