jesteś na stronie franciszkanie.pl

podcast | Robert Wiewióra: Bał się raka, zaufał Bogu | JESTEM

Robert Wiewióra: Bał się raka, zaufał Bogu | JESTEM

Jak wielki strach przed nieuleczalną chorobą potrafi zrujnować relację z Bogiem i zamknąć człowieka w pułapce własnych myśli? W najnowszym odcinku serii JESTEM Robert Wiewióra – muzyk oraz finalista telewizyjnego show – otwarcie opowiada o dramatycznym oczekiwaniu na diagnozę, ucieczce od sakramentów i niezwykłym powrocie na wielką scenę.

Historia naszego gościa stanowi piękny dowód na to, że całkowite oddanie kontroli Stwórcy przynosi nieoczekiwany pokój serca. Młody wokalista dzieli się doświadczeniem hejtu, opowiada o paraliżującym stresie przed występami oraz tłumaczy, w jaki sposób zaufanie Bożej opatrzności zaprowadziło go przed pięćdziesięciotysięczną publiczność na Stadionie Narodowym. To opowieść o przełamywaniu własnych słabości, powrocie do konfesjonału i odnalezieniu upragnionej miłości.

Telewizyjny show oraz lekcja pokory

Muzyka towarzyszyła Robertowi od zawsze, jednak występy publiczne niezmiennie wywoływały u niego paraliżujący lęk. Mimo to postanowił zaryzykować i zgłosił się do popularnego programu „Must Be The Music”. Od samego początku powierzył tę drogę Bogu. Prosił Najwyższego, aby przygotował go do kolejnych etapów, o ile faktycznie powinien się tam znaleźć, lub zamknął przed nim drzwi, jeśli ten świat okaże się dla niego szkodliwy.

Decyzją słuchaczy Radia Zet zdobył tak zwaną dziką kartę oraz awansował do półfinału. Wtedy nadszedł kryzys. Występ spotkał się z ogromną krytyką jury, a muzyk usłyszał cztery głosy na „nie”. Dodatkowo w internecie wylała się na niego fala hejtu – anonimowi użytkownicy zarzucali mu nieuczciwe kupowanie głosów. Robert stracił na wadze, zwątpił we własne umiejętności i poważnie rozważał rezygnację. Za radą psychologa całkowicie odciął się od czytania komentarzy. Skupił się na muzyce oraz ze spokojem przyjął werdykt widzów, którzy wbrew opinii ekspertów wprowadzili go aż do wielkiego finału.

Cień choroby i ucieczka od ołtarza

Prawdziwy dramat rozegrał się jednak poza kamerami. Robert przez bardzo długi czas zmagał się z poważnymi dolegliwościami zdrowotnymi, w tym z silnym bólem gardła oraz trudnościami w przełykaniu. Zamiast odwiedzić specjalistę, wpadł w pułapkę własnego lęku. Przekonał samego siebie, iż choruje na nowotwór i wkrótce całkowicie straci głos. Strach paraliżował go do tego stopnia, że nie potrafił utrzymać szklanki w dłoniach ani wejść po schodach bez zimnych potów.

Ten kryzys zdrowotny błyskawicznie przerodził się w duchowy. Muzyk przestał przystępować do spowiedzi oraz zrezygnował z przyjmowania komunii świętej. Czuł ogromne wyrzuty sumienia. Uważał, iż skoro nie bada się i zaniedbuje własne zdrowie, nie jest godzien przyjmować Pana Jezusa do swojego serca. W ten sposób na kilka lat oddalił się od sakramentów, choć co niedzielę regularnie uczęszczał na mszę świętą.

Przełomowy sylwester oraz powrót nadziei

W sylwestrowy wieczór, głęboko przekonany, że przeżywa ostatnie miesiące swojego życia, Robert wziął do ręki gitarę. Usiadł przed telefonem i nagrał dla użytkowników TikToka emocjonalny cover utworu „Krakowski spleen”. Nazajutrz obudził się w zupełnie nowej rzeczywistości. Film zdobył kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń, a licznik wciąż rósł. Pod nagraniem pojawiły się tysiące pełnych ciepła oraz zachwytu wiadomości.

To gigantyczne wsparcie internautów dało muzykowi siłę, aby w końcu umówić wizytę u lekarza. Zanim jednak usiadł w gabinecie, podczas niedzielnej liturgii wyciągnął z koszyczka karteczkę z cytatem z Pisma Świętego. Przeczytał na niej wezwanie, aby zaufać medykom. Kiedy po wnikliwym badaniu specjalista wykluczył nowotwór, Robert w pierwszej chwili nie potrafił w to uwierzyć. Dopiero przypomnienie sobie wylosowanego Słowa Bożego uświadomiło mu, iż Stwórca czuwa nad całą sytuacją. Niedługo potem wykonał telefon do zaprzyjaźnionego o. Bogdana, odbył generalną spowiedź i zrzucił z siebie ciężar wieloletniego lęku.

Prawdziwa wolność na największej scenie

Nagranie na TikToku przyciągnęło uwagę nie tylko tysięcy fanów, ale również znanego producenta muzycznego, Mikołaja „Tribbsa”. Artysta zaprosił Roberta do swojego domu, zaoferował bezinteresowną pomoc oraz stworzył dla niego nowe utwory. Owocna współpraca zaowocowała zaproszeniem na niesamowite wydarzenie – koncert na Stadionie Narodowym.

Wokalista, który na co dzień odczuwał paraliżujący stres przed zaśpiewaniem psalmu w swojej rodzinnej parafii w Ślemieniu, stanął przed pięćdziesięciotysięcznym tłumem. I stał się cud. Kiedy wszedł na największą scenę w Polsce, opuścił go absolutnie cały strach. Tańczył, uśmiechał się oraz czerpał z występu ogromną radość. Zszedł za kulisy z głębokim przekonaniem, że to Bóg uwolnił go od lęku i podarował mu tę niesamowitą chwilę wolności.

Odpowiedź na modlitwy o miłość

W naszej rozmowie Robert Wiewióra podkreśla, iż zaufanie Bożemu planowi przyniosło piękne owoce nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. Przez osiem samotnych lat muzyk gorąco prosił Niebo o dobrą, wierzącą partnerkę. W jednym z trudniejszych momentów emocjonalnych na jego drodze stanęła wreszcie wyjątkowa kobieta. Zakochał się z wzajemnością, a dziś oboje dostrzegają w tym spotkaniu wyraźną interwencję Najwyższego. Artysta patrzy w przyszłość z ogromnym spokojem, każdego dnia powierzając swoją nową relację i muzyczną karierę Temu, który wie najlepiej, jak pokierować ludzkim losem.

podziel się:
Redakcja