jesteś na stronie franciszkanie.pl

duchowość | Uciekał przed Bogiem jak Jonasz. Historia Francisa Musaanyi | JESTEM

Uciekał przed Bogiem jak Jonasz. Historia Francisa Musaanyi | JESTEM

Co się dzieje, gdy człowiek za wszelką cenę próbuje uciec przed Bożym powołaniem i układa sobie życie według własnego, pozornie idealnego scenariusza? W najnowszym odcinku serii JESTEM diakon Francis Musaanya z Ugandy dzieli się niezwykłą historią swojej drogi, która do złudzenia przypomina biblijne losy proroka Jonasza.

Opowieść naszego rozmówcy udowadnia, że przed Stwórcą ostatecznie nie da się uciec, a to, co początkowo postrzegamy jako największy życiowy dramat, w Bożych rękach staje się źródłem głębokiego pokoju. Młody franciszkanin otwarcie opowiada o bolesnym zderzeniu z europejską rzeczywistością, porzuceniu zakonnego habitu, budowaniu nowej relacji z narzeczoną oraz o wstrząsającym, uniwersyteckim spotkaniu, które całkowicie odwróciło bieg jego historii. To poruszające świadectwo dojrzewania do prawdziwej wiary, jaka rodzi się dokładnie w momencie oddania absolutnej kontroli Najwyższemu.

W cieniu równika i afrykańskiej przyrody

Bohater kolejnego odcinka serii JESTEM pochodzi z Entebbe, urokliwej miejscowości położonej na równiku, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od stolicy Ugandy – Kampali. Diakon Francis Musaanya wychowywał się w otoczeniu niezwykłej przyrody, w kraju słynącym z rozległego Jeziora Wiktorii, potężnych wodospadów oraz dzikich zwierząt, które niekiedy podchodzą pod same ludzkie osady.

Jego dzieciństwo naznaczyła przedwczesna strata. Kiedy miał zaledwie trzy lata, zmarli jego rodzice. Wychowanie chłopca przejęli dziadkowie, otaczając go wielką troską. Babcia dbała o to, aby niczego mu nie brakowało, z kolei dziadek odegrał kluczową rolę w formowaniu jego wiary. Francis wspomina, iż wszędzie towarzyszył starszemu mężczyźnie niczym wierny ochroniarz, uczęszczając z nim na każdą niedzielną liturgię i wszystkie spotkania o charakterze religijnym.

Życie ugandyjskiej rodziny toczyło się powolnym rytmem, w bliskości natury. Nie potrzebowali lodówek ani wielkich zapasów – wszystko, co jedli, przynosili bezpośrednio z przydomowego pola, uprawiając ziemię na własne, codzienne potrzeby. Klimat Ugandy, niezwykle ciepły oraz łagodny, sprawił, że gdy po latach młody zakonnik przyjechał do Polski, podczas czerwcowych upałów czuł się gorzej niż w rodzinnej Afryce, zaskoczony brakiem chłodnego, orzeźwiającego wiatru.

Zmarli pochowani pod oknem i szerokie pojęcie rodziny

Zrozumienie historii Francisa wymaga spojrzenia na niesamowite różnice kulturowe. W afrykańskiej tradycji pojęcie rodziny wykracza daleko poza znane nam, europejskie ramy. Słowa „wujek” czy „kuzyn” praktycznie nie funkcjonują w codziennym słowniku – wszyscy krewni traktują się nawzajem jak rodzeni bracia oraz siostry, tworząc ogromną, niezwykle silnie zżytą wspólnotę. Więzy krwi stanowią tam absolutny fundament, niejednokrotnie stawiany wyżej niż jakiekolwiek inne relacje.

Niezwykle fascynujące jest również ugandyjskie podejście do kwestii ostateczności i śmierci. Zmarłych chowa się tam najczęściej w przydomowych ogródkach, tuż za oknem, co całkowicie niweluje europejski lęk przed przemijaniem oraz buduje bardzo naturalną relację z przodkami. Nasz rozmówca doskonale znał to uczucie. Pracując ciężko w polu i odczuwając fizyczne zmęczenie, zwykł nawet wołać do spoczywającego nieopodal ojca, prosząc go o symboliczne przejęcie części obowiązków. Zmarli nie stanowili w jego świecie tematu tabu – wciąż aktywnie uczestniczyli w codziennym życiu całej wioski.

Dziedzictwo męczenników oraz trudne początki powołania

Decyzja o wstąpieniu do zgromadzenia franciszkanów wynikała w dużej mierze z głęboko zakorzenionej wiary, jaką młody chłopak chłonął od dziecka. Warto pamiętać, iż chrześcijaństwo w Ugandzie opiera się na niezwykle mocnym fundamencie. W dziewiętnastym wieku, zaledwie kilka lat po pojawieniu się pierwszych misjonarzy, miejscowy król zażądał od młodych chrześcijan uległości w sprawach sprzecznych z moralnością. Karol Lwanga i jego współtowarzysze stanowczo odmówili, ponosząc męczeńską śmierć. Dzisiaj sanktuarium w Munyonyo przypomina o tej odwadze, a dla młodych Ugandyjczyków stanowi żywy dowód bezkompromisowego oddania Bogu.

Francis dołączył do zakonu, choć nowicjat przyniósł mu ogromne cierpienie. Przełożeni narzucili młodym kandydatom bardzo rygorystyczne zasady, zakazując zbędnych rozmów oraz wymagając ciężkiej pracy. Chłopak bardzo bał się odrzucenia. Pewnego dnia, spoglądając na obraz Matki Bożej, gorąco prosił Ją o pomoc, byle tylko mógł zachować wymarzony habit. Przetrwał ten trudny czas i wraz z innymi ugandyjskimi braćmi szykował się do kolejnego etapu formacji. Wtedy władze zakonne podjęły decyzję, która wywróciła jego świat do góry nogami – wysłały go na studia do odległej, zimnej Polski.

Zderzenie z Europą oraz ucieczka z klasztoru

Przyjazd do Krakowa wywołał potężny wstrząs. Zderzenie z zupełnie obcą kulturą, niezwykle trudnym językiem i chłodnym klimatem wzbudziło u niego wątpliwości. Czuł się całkowicie niegodny obranej drogi. Presja nauki języka polskiego oraz studiowania filozofii paraliżowała jego myśli. Postanowił, że nie odnowi ślubów zakonnych, chcąc ratować siebie przed kompromitacją, a zakon przed rzekomym zgorszeniem, gdyby w przyszłości upadł.

Zanim podjął ostateczny krok, Bóg wysłał mu bardzo czytelny znak. Podczas święta Zesłania Ducha Świętego w krakowskiej bazylice franciszkanów pewna kobieta ze wspólnoty modlitewnej miała proroczą wizję. Dostrzegła w niej zakonnego kleryka, który pukał do drzwi i głośno płakał, błagając o duchowe wsparcie. Kiedy zobaczyła Francisa w kościele, natychmiast go rozpoznała. Przesłała mu liścik, zapewniając go o żarliwej modlitwie. Młody Ugandyjczyk uznał jednak, iż to zwykła pomyłka. Skrzętnie zignorował znak – spakował walizki, opuścił mury klasztorne oraz wrócił do Afryki, mocno wierząc, że na zawsze zamknął za sobą furtkę do życia konsekrowanego.

Syndrom Jonasza i nowa miłość

W ojczyźnie Francis otworzył zupełnie nowy rozdział własnej historii. Rozpoczął studia socjologiczne, chcąc zgłębiać ludzką psychikę i pomagać innym w sposób świecki. Szybko zaangażował się w relację z dziewczyną, zaczął planować ślub oraz marzyć o założeniu stabilnego, tradycyjnego domu. Wybrał całkowicie zwyczajne życie, skutecznie zagłuszając w sercu głos powołania. Prowadził egzystencję na własnych zasadach, bezpieczną i pozbawioną zakonnych wyzwań.

Boży scenariusz wyglądał jednak zupełnie inaczej. Pewnego poranka na uniwersyteckim korytarzu podszedł do niego obcy, charyzmatyczny mężczyzna. Poprosił o chwilę uwagi oraz przeprowadził rozmowę, jaka rozerwała wewnętrzny spokój naszego rozmówcy na strzępy. Bez chwili wahania ów człowiek zapytał studenta o jego zakonną przeszłość, a usłyszawszy, że ten nie zamierza wracać do habitu, porównał go do biblijnego Jonasza. Nieznajomy stanowczo podkreślił, iż Jonasz na statku ostatecznie ocalał, ale jego nieposłuszeństwo sprowadziło potężną burzę i ogromne niebezpieczeństwo na wszystkich ludzi przebywających na pokładzie.

Słowa te uderzyły z ogromną mocą. Student uświadomił sobie, że kontynuując ucieczkę przed powołaniem, może skrzywdzić kobietę, którą kochał, a także zniszczyć przyszłą rodzinę.

Całkowite oddanie oraz dar głębokiego pokoju

Zasłyszane proroctwo odebrało sen młodemu mężczyźnie. Po całonocnej wewnętrznej walce, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca, usiadł przed komputerem i napisał wiadomość do prowincjała z prośbą o ponowne przyjęcie do zgromadzenia. Rozstał się z narzeczoną, która ze zrozumieniem przyjęła jego decyzję, a wkrótce potem sama ułożyła sobie życie oraz założyła szczęśliwą rodzinę.

Ku wielkiemu zaskoczeniu Francisa przełożeni wyrazili zgodę na powrót. Postawili mu jednak jeden warunek – musiał ponownie polecieć do Polski. Tym razem nasz rozmówca postanowił już nie walczyć z przeznaczeniem. Powiedział Bogu, iż całkowicie oddaje się Jego prowadzeniu, a następnie, z pokorą, wrócił do Krakowa.

Dzisiaj, z perspektywy trzech kolejnych lat spędzonych w Polsce, diakon wyraźnie dostrzega sens tamtych wydarzeń. Nauczył się patrzeć na otaczający świat z ufnością. Zrozumiał, że dopiero całkowite poddanie się woli Boga przyniosło mu upragniony spokój. Święcenia diakonatu utwierdziły go w przekonaniu, że prawdziwa dorosłość zaczyna się w chwili, gdy człowiek zgadza się pójść tam, dokąd z własnej inicjatywy nie odważyłby się wyruszyć.

podziel się:
Redakcja