Jak potężna musi być miłość do drugiego człowieka, aby w obliczu śmiertelnego zagrożenia i zbrojnego terroru zrezygnować z ucieczki oraz pozostać wiernym do samego końca? Zbliżająca się 35. rocznica męczeńskiej śmierci misjonarzy w Peru – bł. Michała Tomaszka oraz bł. Zbigniewa Strzałkowskiego – skłania nas do szukania odpowiedzi na to niezwykle trudne pytanie. W kolejnym odcinku naszych rozmów z tymi pytaniami zmierzy się o. Zdzisław Gogola, ówczesny przełożony krakowskiej prowincji franciszkanów.
Autentyczne emocje bezpośredniego świadka tamtych dni nadają całej naszej rozmowie niezwykle osobisty wymiar. To żywe świadectwo człowieka, który doskonale znał misjonarzy, pracował z nimi i do dziś nosi w sercu ich potężne dziedzictwo. Zachęcamy do uważnego obejrzenia wideo oraz wysłuchania tej poruszającej historii.
Palcem po mapie i wielki misyjny zapał
Zastanawiając się nad samymi początkami tej pięknej, choć naznaczonej cierpieniem historii, odkrywamy niezwykle głębokie korzenie wyprawy do Ameryki Południowej. Decyzja o podjęciu posługi w peruwiańskich Andach nie zrodziła się w próżni. Franciszkanie czerpali ogromną inspirację z dziedzictwa św. Maksymiliana Kolbego, który jeszcze przed wojną odważnie ewangelizował w Japonii, a także z wielkich doświadczeń braci wyjeżdżających do Zambii oraz Boliwii. Ojciec Zdzisław Gogola wspomina, jak w ówczesnych seminariach wręcz tętniło życie misyjne. Młodzi zakonnicy z ogromnym zapałem tworzyli specjalne kółka zainteresowań i samodzielnie wydawali czasopisma, marząc o niesieniu Słowa Bożego na najdalsze oraz najbardziej wymagające krańce świata.
Kiedy generał zakonu oficjalnie zaproponował krakowskiej prowincji wyjazd do odległego Peru, władze stanęły przed potężnym, organizacyjnym wyzwaniem. Nasz gość dzieli się niezwykle poruszającym wspomnieniem, relacjonując spotkanie w Rzymie. Razem z asystentem generalnym próbowali wówczas odnaleźć na wielkiej mapie malutki, nikomu nieznany andyjski punkt o nazwie Pariacoto. Przyszłość tego odważnego przedsięwzięcia wcale nie rysowała się w bezpiecznych barwach, głównie ze względów ekonomicznych.
– Trudna ze względu na to, że finansowo byliśmy za słabi, żeby to poprowadzić, natomiast mieliśmy powołania i chętnych na wyjazd – podkreśla o. Zdzisław.
Ostatecznie gorące pragnienie głoszenia Ewangelii zwyciężyło nad materialnymi brakami. Kapituła podjęła historyczną decyzję i z ufnością wysłała do Ameryki Południowej o. Zbigniewa, o. Jarosława, a nieco później także o. Michała.
Prawdziwa misja na skraju świata
Docieramy w naszej rozmowie do opisu samej placówki, która stanowiła skrajnie wymagające środowisko. Misjonarze zastali na miejscu porażającą biedę. Zamieszkali w budynku całkowicie pozbawionym szyb w oknach, a codzienne posiłki przygotowywali na ognisku rozpalonym pomiędzy rzecznymi kamieniami. Jak zauważa o. Gogola, zakonnicy musieli błyskawicznie sprostać ogromnym barierom kulturowym oraz geograficznym, ucząc się życia w zupełnie nowej rzeczywistości.
Sama parafia w Pariacoto obejmowała kilkadziesiąt odizolowanych wiosek, rozrzuconych na potężnych wysokościach. Misjonarze docierali tam wyłącznie konno, spędzając wiele dni na wąskich szlakach i zmagając się z niedotlenieniem na wysokościach przekraczających cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Mimo tych ekstremalnych trudności ówczesny prowincjał czuł w sercu wielką wdzięczność.
– Ja osobiście się ogromnie cieszyłem z tego powodu, żeśmy przyjęli misję, prawdziwą misję – zaznacza nasz gość, widząc w tej trudnej pracy radykalny powrót do pierwotnych, chrystusowych ideałów.
Zaufanie zbudowane na radykalnym ubóstwie
W tym odcinku specjalnego cyklu rozmów w ramach serii JESTEM poznajemy dokładnie początki pracy duszpasterskiej naszych braci misjonarzy, jakie budziły wśród miejscowej ludności potężne zdziwienie. Peruwiańczycy oczekiwali przybycia bogatych księży, którzy przywiozą ze sobą luksusowe samochody oraz walizki pełne dolarów. Zobaczyli natomiast młodych, ubogich chłopaków z Polski, którzy zeszli do rzeki, aby odbyć codzienną toaletę.
– Największym zdziwieniem dla ludzi było to, że ci misjonarze przyjechali i ludzie pytali ich, po co właściwie przyjechali – przypomina o. Zdzisław.
To właśnie absolutne ubóstwo pozwoliło franciszkanom błyskawicznie zdobyć serca tubylców. Zamiast zarządzać ludźmi z góry, bracia weszli w codzienność swoich nowych parafian. Zrozumieli ich największe bolączki oraz natychmiast ruszyli z konkretną pomocą. Zaczęli projektować i budować wodociągi, łagodząc w ten sposób skutki dramatycznej suszy, a także regularnie rozdzielali podstawową żywność. Przez to niezwykłe zaangażowanie – jak zauważa o. Gogola – misjonarze bezpowrotnie zdobyli ogromny autorytet społeczny i udowodnili mieszkańcom, iż przyjechali w Andy z czystej miłości.
Gniew terrorystów oraz nienawiść do Kościoła
Podczas rozmowy nasz gość pochyla się również nad niezwykle trudnym kontekstem politycznym tamtych niebezpiecznych czasów. W Peru trwała brutalna wojna domowa, a komunistyczna partyzantka Świetlisty Szlak systematycznie mordowała tysiące niewinnych obywateli. Terroryści budowali swoje poparcie wyłącznie na ludzkim strachu, nędzy i buncie. Działalność polskich zakonników stała w całkowitej opozycji do tych zbrodniczych planów. Dając andyjskim chłopom żywność, wodę oraz żarliwą wiarę, franciszkanie skutecznie przywracali im utraconą nadzieję na lepsze jutro.
Bojówkarze uznali naszych braci za niezwykle poważne zagrożenie dla komunistycznej rewolucji. Zarzucali im głośno, że religia usypia lud, a sprowadzana z zewnątrz pomoc charytatywna systematycznie odciąga mieszkańców od zbrojnej walki. Jak zauważa o. Zdzisław, obłąkana motywacja morderców miała znacznie głębsze, duchowe dno. „Z powodu nienawiści do Kościoła” – tak stwierdził jednoznacznie schwytany przywódca partyzantki, gdy miejscowy biskup zapytał go po wielu latach o prawdziwy powód tej okrutnej egzekucji.
Cierpienie, które przynosi ogromny owoc
W ramach serii JESTEM wsłuchujemy się we wstrząsającą relację z dramatycznego sierpnia 1991 roku. Ojciec Gogola odebrał telefon z Rzymu akurat w momencie, gdy małopolska prowincja przygotowywała się do powitania papieża i wielkiej beatyfikacji Anieli Salawy. Przerażająca wiadomość o nagłej śmierci współbraci czołowo zderzyła się z wielką radością Kościoła w Polsce. Ówczesny prowincjał musiał błyskawicznie pogodzić w swoim złamanym sercu paraliżującą żałobę z ogromną odpowiedzialnością organizacyjną za zbliżające się wydarzenia.
Mimo panującego w Peru bezlitosnego terroru oraz panicznego lęku o własne życie, mieszkańcy Pariacoto zachowali w swoich sercach czystą wdzięczność do zamordowanych pasterzy. Podczas transportu ciał ułożyli na drodze wspaniałe dywany z polnych kwiatów. Kiedy nasz gość odwiedził andyjską misję kilka lat później, mieszkańcy schodzili z gór przez dziesięć długich godzin, aby uroczyście oddać hołd zakonnikom. To okrutne morderstwo nie zniszczyło franciszkańskiego dzieła, lecz na wzór ewangelicznego ziarna wydało wielki plon w sercach wiernych na całym świecie.
Łzy świadka heroicznej wierności
Na sam koniec tej rozmowy zatrzymujemy się jeszcze przy tajemnicy wielkiego heroizmu błogosławionych męczenników z Pariacoto. Odkrywamy z poruszeniem, iż bracia doskonale znali narastające ryzyko. Widzieli wymalowane na murach komunistyczne pogróżki i słyszeli wyraźne ostrzeżenia pozostawiane przez turystów. Mimo realnego widma bolesnej śmierci nie opuścili powierzonego im ludu.
– I oni tak postąpili, że do końca byli, nie uciekli, nie stchórzyli, nie powiedzieli: no, jest niebezpiecznie, to my wyjeżdżamy – podkreśla o. Zdzisław, z najwyższym trudem powstrzymując łzy wzruszenia.