jesteś na stronie franciszkanie.pl

podcast | „Nie jedź na misje, dopóki matka żyje!” Najtrudniejsza rozmowa braci bliźniaków. | JESTEM

„Nie jedź na misje, dopóki matka żyje!” Najtrudniejsza rozmowa braci bliźniaków. | JESTEM

Jakie uczucia towarzyszą człowiekowi po wyniesieniu jego brata bliźniaka na ołtarze? Co przeżywa mężczyzna, gdy tuż przed peruwiańską misją franciszkanina, kierowany ogromną troską o matkę, wypowiada dramatyczne słowa: „nie jedź tam, dopóki ona żyje”? W czwartym odcinku naszej serii, poświęconym męczennikom z Pariacoto, poznajemy niesamowicie mocną i szczerą historię Marka Tomaszka. Brat bliźniak bł. Michała dzieli się swoimi najgłębszymi wspomnieniami oraz po raz pierwszy tak otwarcie prostuje mity narosłe wokół ich rodzinnego domu.

Osobiste wyznania naszego rozmówcy, który dzielił z przyszłym błogosławionym najmłodsze lata, nadają tej rozmowie wyjątkowo refleksyjny charakter. Nasz gość opowiada o braterskiej więzi, zupełnie różnych temperamentach i niezwykle trudnych wyborach, przed jakimi stawała ich rodzina. To szczere świadectwo ukazuje nam męczennika z Pariacoto z zupełnie nowej, bardzo ludzkiej perspektywy. Gorąco zachęcamy do obejrzenia całego nagrania. Stanowi ono wyjątkową okazję, by spojrzeć na życie misjonarza oczami jego bliskich.

 

Bliźniacy w jednej drużynie

Początek rozmowy to niezwykle poruszające zderzenie dzisiejszego kultu męczennika ze zwykłymi wspomnieniami wspólnego dorastania. Marek Tomaszek zapytany o to, jak czuje się ze świadomością, że jego brat bliźniak jest błogosławionym Kościoła, przyznaje szczerze, iż to ogromne wyróżnienie, ale też sytuacja budząca lęk oraz żal po stracie.

– Niedościgniona rzecz dla mojego umysłu – zaznacza nasz gość.

Czuje on, że ludzie patrzą na niego przez pryzmat świętości franciszkanina, a on sam bywa wywoływany do odpowiedzi. Mimo to dziecięce lata wspomina z ogromnym ciepłem. Bracia niemal wcale się nie kłócili.

– Fajne. Wspaniale graliśmy w jednej drużynie – wspomina pan Marek.

Szybko jednak ujawniły się ich odmienne temperamenty. Nasz gość wolał cięższe, typowo męskie prace, w jakich mógł wykazać się siłą. Ojciec Michał z kolei wybierał zadania wymagające cierpliwości, takie jak odbieranie snopków czy obserwowanie przędzenia i zupełnie nie czuł potrzeby udowadniania czegokolwiek.

– Nie zależało mu na wychodzeniu na podium – podsumowuje trafnie nasz rozmówca oraz wskazuje w ten sposób na niezwykłą pokorę przyszłego kapłana, który zawsze wolał współpracować z tyłu.

Mówcie pełnymi zdaniami

Zgłębiamy także niezwykle trudny wątek rodzinnej tragedii. Ojciec bliźniaków odebrał sobie życie krótko po ich Pierwszej Komunii Świętej. Marek Tomaszek podkreśla jednak stanowczo, że ten dramat absolutnie nie definiuje całego ich dzieciństwa. Przypomina, iż ojciec przeszedł wcześniej aż siedem ciężkich operacji i niewyobrażalnie cierpiał. Brat błogosławionego nie zgadza się na budowanie hagiograficznych mitów wokół rzekomej skrajnej biedy w ich domu. Zauważa, że w tamtych czasach niedostatek dotykał wielu rodzin, a oni zawsze mieli co jeść dzięki ciężkiej pracy na gospodarstwie oraz ogromnej religijności dziadków.

– Proszę was wszystkich […], mówcie pełnymi zdaniami – apeluje stanowczo pan Marek.

Zwraca on uwagę, iż wyrywanie pojedynczych faktów z kontekstu zamazuje prawdziwy, piękny obraz ich rodziny, w której pomimo trudności nie brakowało wsparcia, radości i głębokiej wiary.

Najtrudniejsza męska rozmowa

Kiedy przyglądamy się młodości obu braci, odkrywamy, jak wielkim zaufaniem o. Michał darzył swojego bliźniaka. Przed wyjazdem do niższego seminarium duchownego to właśnie jego zapytał, czy podoła nowemu wyzwaniu oraz czy nie przyniesie rodzinie wstydu. Nasz gość doradził mu wówczas, aby po prostu miał odwagę być dobrym człowiekiem i ojcem. Wyjazd błogosławionego do Legnicy fizycznie rozdzielił ich drogi, ale bracia pozostali dla siebie niezwykle czytelni.

Prawdziwy sprawdzian tej relacji nadszedł, gdy o. Tomaszek postanowił wyjechać na misje do Peru. Pan Marek doskonale wiedział, jak ogromny ciężar nosiła w sercu ich matka po śmierci męża. Chciał ją za wszelką cenę chronić przed kolejnym ciosem.

– Wszystko możesz robić, co chcesz, ale tego nie rób, dopóki matka żyje – cytuje swoje własne słowa sprzed lat nasz rozmówca.

Ojciec Michał dał mu jednak do zrozumienia, że klamka już zapadła – ufa Bożej Opatrzności. Listy z Ameryki Południowej, jakie młody zakonnik przysyłał do domu, budziły ogromny niepokój brata. Kapłan opisywał w nich terroryzm, brak wody oraz zabójstwa, a jednocześnie uspokajał bliskich, iż misjonarzom nic nie grozi.

– Jedno zdanie niweluje drugie – zauważa z perspektywy czasu pan Marek, który podskórnie wyczuwał zbliżający się dramat.

Czas zatrzymał się w żniwa

Docieramy do momentu, gdy do rodziny nadeszła ostateczna, tragiczna wiadomość. Marek Tomaszek pracował akurat przy sierpniowych żniwach. Jego ojciec chrzestny wziął go na bok i przekazał informacje, usłyszane w telewizyjnym Teleexpressie.

– To jest tak, jakby się to stało w tym momencie – wyznaje ze wzruszeniem brat męczennika.

Natychmiast pomyślał o matce, wezwał znajomą pielęgniarkę oraz pojechał do Rychwałdu potwierdzić te potworne doniesienia. Gdy usłyszał prawdę z ust franciszkanów, emocje były tak potężne, że z kolejnych dni pamięta tylko pojedyncze fragmenty. Pan Marek wyznaje, iż w chwili potwierdzenia śmierci o. Michała, w sercu ich matki bezpowrotnie zgasło światło. Mimo to kobieta podniosła rękawicę, podjęła codzienny trud i nigdy nie okazywała dzieciom całego swojego wewnętrznego bólu. Rodzina w pełni zaakceptowała fakt, że misjonarz został pochowany w peruwiańskiej ziemi, ponieważ zakon, Kościół oraz misje stały się dla niego drugą matką.

Krótko po tych wydarzeniach bliscy spotkali się w Krakowie z Janem Pawłem II. Papież wypowiedział wówczas do nich słowa, jakie nasz gość zapamiętał na całe życie.

– Pan Bóg daje krzyże, ale pomaga je nosić – cytuje papieskie przesłanie Marek Tomaszek.

Dzisiaj sam dzieli się tą mądrością z osobami, które przeżywają podobne dramaty.

Największy życiowy order

Na koniec naszej rozmowy dowiadujemy się o niezwykłej misji, jakiej podjął się pan Marek. Dziewięć lat po męczeńskiej śmierci brata, postanowił zabrać swoją siedemdziesięciodwuletnią matkę na jego grób do Pariacoto. Choć kobieta początkowo odmawiała i obawiała się trudów podróży, syn nie ustąpił. Kiedy w końcu dotarli do Peru, matka nie chciała zwiedzać żadnych zabytków. Pytała tylko, kiedy wreszcie spotka się z synem Michałem. Podróż zaplanowano tak, aby psychicznie przygotować ją na ten niezwykle trudny moment.

– To jest mój największy order, jaki zdobyłem w życiu, że udało mi się zawieźć matkę dziewięć lat po śmierci na grób syna – podsumowuje z nieskrywaną dumą pan Marek.

Sam nie mógł polecieć do Ameryki Południowej na uroczystości beatyfikacyjne. Znalazł jednak przepiękny, symboliczny sposób, by połączyć oba kontynenty. Pojechał do matki bł. Zbigniewa Strzałkowskiego, poprosił ją o pobłogosławienie czerwonych róż oraz zawiózł je prosto do Krakowa i umieścił pod wizerunkiem obu franciszkańskich męczenników.

podziel się:
Redakcja