jesteś na stronie franciszkanie.pl

podcast | On ocalał, jego bracia zginęli. Z tym pytaniem żyje od 35 lat. | JESTEM

On ocalał, jego bracia zginęli. Z tym pytaniem żyje od 35 lat. | JESTEM

Jak zmierzyć się z poczuciem winy po stracie najbliższych współbraci? W jakich słowach wyrazić dławiącą samotność, gdy w telewizyjnych wiadomościach słyszy się o ich brutalnej egzekucji na drugim końcu świata? W kolejnym odcinku serii JESTEM, poświęconym męczennikom z Pariacoto, poznajemy niezwykle osobistą oraz poruszającą historię o. Jarosława Wysoczańskiego. To właśnie nasz gość, razem z błogosławionymi Michałem i Zbigniewem, zakładał andyjską misję w Peru, a przed tragiczną śmiercią z rąk terrorystów uratował go zaledwie jeden, z pozoru całkowicie zwyczajny list.

Szczere wyznania kapłana, który dzielił z męczennikami trudy andyjskiej codzienności, sprawiają, że ten odcinek nabiera wyjątkowo głębokiego charakteru. Nasz rozmówca dzieli się poruszającym świadectwem życia w jednej wspólnocie oraz pokazuje prawdziwe oblicze swoich przyjaciół i własny ból po ich nagłej stracie. Gorąco zapraszamy do wysłuchania tej przejmującej opowieści.

Bilet do życia oraz spotkanie po latach

W naszej rozmowie o. Jarosław zwraca uwagę na dramatyczny splot okoliczności, jaki uchronił go przed udziałem w krwawej egzekucji. Będąc przełożonym peruwiańskiej wspólnoty zamierzał wyjechać na zasłużony urlop do Europy jako ostatni z braci. Jego plany zmieniła jednak nagła korespondencja od siostry, która poprosiła go o osobiste udzielenie ślubu. Nasz gość opowiada, jak bł. Michał Tomaszek usilnie go namawiał, by poleciał do Polski w pierwszej kolejności. Dzięki tej prostej, braterskiej namowie o. Wysoczański nie znajdował się w Pariacoto podczas brutalnego ataku komunistycznych bojówkarzy.

Wkraczając w tę niezwykłą historię, przyglądamy się również wstrząsającemu doświadczeniu misjonarza dwadzieścia pięć lat po tamtej zbrodni. Ojciec Jarosław uczestniczył w pierwszej ekshumacji przed planowaną beatyfikacją i po raz pierwszy od czasu misji stanął przy szczątkach swoich zamordowanych współbraci. Wspomina dzisiaj, jak głęboko przeżył to bezpośrednie dotknięcie ich skóry oraz habitów.

– Tak bardzo mocno zapadło mi słowo: być wiernym aż do śmierci, do oddania życia – zaznacza o. Jarosław, dostrzegając w nienaruszonych ciałach ogromną pokorę i ostateczne potwierdzenie bezgranicznego oddania Bogu.

Wstrząsająca wiadomość w telewizji

Ojciec Wysoczański wspomina w naszej rozmowie o poczuciu samotności oraz ogromnym bólu, jakie towarzyszyły mu, gdy przebywał w ojczyźnie i dowiedział się o tragedii. Po całym dniu nerwowych oraz bezskutecznych prób skontaktowania się z kurią w Krakowie, o. Jarosław usiadł przed telewizorem. Ostateczne, dramatyczne potwierdzenie nadeszło w wieczornym wydaniu niedzielnego Teleexpressu. Pierwszą reakcją ocalałego przełożonego nie była jednak wyłącznie paraliżująca rozpacz.

– Pierwsze, co się we mnie zrodziło, to: gdzie pomyliliśmy się, gdzie był nasz błąd? – stwierdza gość kolejnej rozmowy, poświęconej męczennikom z Peru.

Z biegiem lat o. Jarosław przepracował to wewnętrzne dręczenie i zrozumiał, iż w ich działaniu nie było błędu, a misja stanowiła prawdziwe miejsce łaski. Franciszkanie przylecieli do Ameryki Południowej bez potężnego zaplecza, przygotowania oraz pieniędzy, pakując do walizek wyłącznie to, co spontanicznie ofiarowali im bliscy. Otrzymali od biskupa ubogą parafię na ogromnych wysokościach i zaczęli z ogromnym zapałem służyć ludziom.

– Pariacoto było dla nas czystą Ewangelią – podkreśla ze wzruszeniem oraz wskazuje na całkowitą bezinteresowność ich ofiary.

Rodzina pod strzechą w Andach

Podążamy w głąb historii o. Wysoczańskiego i zatrzymujemy się przy codzienności trzech młodych zakonników, którzy stworzyli w Pariacoto wspaniałą, żywą wspólnotę. Ich życie nie polegało na wznoszeniu pomnikowej świętości. Nasi bracia spędzali wieczory bez prądu, żartowali przy świetle lampy naftowej oraz bawili się z przygarniętym psem. Odpoczywali, siadając na gorących kamieniach nad brzegiem górskiej rzeki, a wieczorami solidarnie czekali na Michała przedłużającego rozmowy z młodzieżą.

– Między sobą czuliśmy się po prostu jak rodzina – stwierdza o. Jarosław i tłumaczy tym samym, jak potężnym ciosem była dla niego późniejsza strata braci.

Widzimy w ich postawie duszpasterzy, którzy nie przyjechali głosić kazań, lecz zaczęli wnikliwie poznawać potrzeby andyjskich górali. Objeżdżali konno rozsiane po górach wioski, aby zobaczyć trudności życiowe miejscowej ludności. Kiedy wybuchła epidemia cholery, o. Wysoczański osobiście pokonywał niebezpieczne trasy, aby zdobyć w mieście kroplówki ratujące życie małym dziewczynkom. Budowali też proste ujęcia wody oraz zakładali warsztaty dla katechistów.

– Po prostu ci ludzie byli dla nas wszystkim – mówi z przekonaniem nasz gość.

Dobro, jakiego nie toleruje zło

Podczas naszej rozmowy o. Jarosław wspomina o najprostszym, ale zarazem najpotężniejszym świadectwie o męczennikach, jakie zachowali mieszkańcy Pariacoto. Kapłan sprzeciwia się budowaniu skomplikowanych mitów i zwraca uwagę na to, co o braciach powiedzieli po latach uratowani tubylcy. „Oni byli dobrzy. Po prostu czynili dobro” – przytacza ich słowa. Owa dobroć drażniła komunistycznych terrorystów, którzy budowali swoje chore poparcie na przemocy oraz strachu wśród najuboższych. Zamiast rewolucji miejscowa ludność wybierała franciszkańską bezinteresowność.

Jak zauważa o. Wysoczański, zakonnicy wcale nie byli całkowicie oderwani od mrocznej, politycznej rzeczywistości. Nasz gość wskazuje na liczne, narastające ostrzeżenia przed Świetlistym Szlakiem, brutalne zabójstwa dokonywane na drogach i dramatyczną noc, podczas której o. Michał musiał ukrywać się przed bojówkarzami w polu kukurydzy. Bracia widzieli realne zagrożenie, lecz ostatecznie podjęli decyzję o trwaniu na posterunku.

– Pasterz nie opuszcza swoich owiec – tłumaczy stanowczo o. Jarosław oraz wyjaśnia sens heroicznej wierności zamordowanych misjonarzy.

Ocalić młodych przed wyrokiem

Nasz rozmówca opowiada również o ostatnich godzinach przed śmiercią braci w Pariacoto. Dokładnie 9 sierpnia bł. Michał wrócił zmęczony po pracy z młodzieżą i natychmiast poszedł do kościoła odprawić mszę świętą. Z kolei bł. Zbigniew ukończył kurs dla lokalnych liderów oraz pożegnał się z nimi słowami, że będą kontynuować ich wspólne dzieło. Wbrew panice spowodowanej pojawieniem się terrorystów w wiosce, misjonarze zachowali całkowity spokój. Odprawili Eucharystię do końca i wykazali się niezwykłą odwagą oraz całkowitym zaufaniem Bogu.

Kiedy mordercy z załadowaną bronią wtargnęli wreszcie do ich domu, żądając wydania wszystkich domowników, zakonnicy natychmiast stanęli w obronie młodych postulantów. Michał stanowczo nakazał chłopcom ukryć się w górnej kaplicy, a sam wyszedł naprzeciw komunistom wraz ze Zbigniewem. „Nie, możecie z nami rozmawiać, a postulantom pozwólcie odejść” – zacytował słowa Zbigniewa o. Wysoczański, aby podkreślić ich najwyższe oddanie. Terroryści wzięli kapłanów jako zakładników i jeszcze tej samej nocy brutalnie odebrali im życie.

Powrót w sam środek wojny domowej

Od naszego gościa słyszymy też o jego przejmującej samotności. Ojciec Jarosław, kiedy wracał do ojczyzny, musiał przywieźć przestrzelone ubrania obu misjonarzy.

– Nieść na rękach krew męczenników – tymi słowami kapłan charakteryzuje to mroczne doświadczenie, jakie odbiera dzisiaj jako moralne zobowiązanie do kontynuowania ich bezcennego dzieła. Największe pokrzepienie przyniósł mu sam Jan Paweł II, który podszedł do osamotnionego franciszkanina oraz zapowiedział chwałę pierwszych polskich męczenników.

Ojciec Wysoczański nie pozostał w bezpiecznej Polsce, ale przyjął bohaterską postawę i pojechał natychmiast z powrotem do brutalnego Peru, by wspierać pozostałych misjonarzy w trakcie eskalującej wojny. Dziś, po trzydziestu pięciu latach posługi w różnych stronach świata, o. Jarosław nie czuje się opuszczony. Jako duszpasterz odnajduje pociechę w potężnym, duchowym wsparciu swoich wstawienników oraz odczuwa ich bliskość na każdym etapie drogi.

– Oni tutaj są. Oni są ze mną – podsumowuje swoje przepiękne i szczere świadectwo, a także zaprasza nas do podobnej ufności.

podziel się:
Redakcja