– Jestem osobą uzależnioną od alkoholu – wyznaje Aleksander Melerowicz. – Mówi się tak, że jestem, aby sobie nie zapomnieć, że ta choroba jest nieuleczalna. Można ją tylko zatrzymać. I dlatego w takich ważniejszych sytuacjach przedstawiam się, że jestem alkoholikiem – dodaje. Aleksander nie sięga po alkohol od 26 lat.
Zmagał się z tym problemem już jako nastolatek, który szukał znieczulenia na lęk. Trwał w świecie iluzji do momentu, w jakim po raz pierwszy uświadomił sobie, że oszukuje swoją narzeczoną. To był jednak początek większych kłopotów. W naszej rozmowie z serii JESTEM Aleksander Melerowicz opowiada własną historię, w której Bóg przemienił jego serce.
Trudny życiowy start
Problem alkoholowy, z jakim przez lata zmagał się Aleksander Melerowicz, wyrósł na gruncie jego trudnego dzieciństwa. Wspomina on, że już w wieku kilku lat widział spożywającego alkohol ojca. Mało tego, był świadkiem jego agresywnych zachowań. Nie najlepiej też zapamiętał swoją mamę podczas częstych awantur, które wywoływały u niego narastający stres. Pod wpływem jednej z nich wyprowadził się do babci.
– Tato też popijał. Pamiętam, że gdy byłem w wieku 4 czy 5 lat, to tata szyby bił, a mama krzyczała i ja już byłem znerwicowany. Jako dziecko wnioskowałem, że to jest coś złego, a ja będę zupełnie inny. W wieku 7 lat wyprowadziłem się. Mama zrobiła mi kolejną awanturę, bo spóźniłem się na pierwszą lekcję do szkoły. Uciekłem i zamieszkałem z babcią i z tatą. To była trudna decyzja, ale mama była osobą znerwicowaną i pewne rzeczy po prostu mnie przerażały. Poszedłem do babci i taki start życiowy był już trochę trudny – wyznaje nasz rozmówca.
Wskutek lęku stał się człowiekiem agresywnym
Zachowania rodziców oraz codzienne trudności sprawiały, że chłopiec coraz bardziej odczuwał lęk, z którym nie potrafił sobie poradzić. Kiedy osiągnął wiek 15 – 16 lat zauważył, że negatywne emocje biorą nad nim górę. Popadł w stan, w jakim ten wewnętrzny ból stał się nie do zniesienia. Najchętniej wyeliminowałby go, ale nie mógł znaleźć na to sposobu. Tymczasowym rozwiązaniem okazała się agresja, poprzez którą mógł nieco odreagować. Potem sięgnął po alkohol, widząc w nim antidotum na swoje problemy.
– Stałem się człowiekiem bardzo agresywnym – to był największy problem. Lęk powodował, że byłem człowiekiem agresywnym, a popijając alkoholem, początkowo żyłem w zupełnie innym świecie – zauważa Aleksander. – To było lekarstwo na lęk, żeby nie zwariować. Byłem znieczulany i jednocześnie wchodziłem w świat iluzji. Miałem wrażenie, że czuję się lepiej – dodaje.
Były pierwsze sygnały, ale zabrakło reakcji
Nasz rozmówca trwał w świecie iluzji do momentu, w jakim po raz pierwszy uświadomił sobie, że oszukuje narzeczoną. Miał wówczas 21 lat, a swoją drugą połówkę poznał już wcześniej. Podkreśla, że to jego przyszła żona zaczęła dawać mu sygnały, iż coś jest nie tak. Wtedy jednak nie dostrzegał jeszcze wielkiego problemu. Tłumaczy, że w realiach poprzedniego systemu praktyka częstszego sięgania po alkohol nie była szczególnie alarmująca. Spotykał się z tym zjawiskiem w różnych miejscach, nawet w pracy. Aleksander ożenił się i założył rodzinę.
– Mnie w pierwszych latach postrzegano, że ja w ogóle nie mam problemów z alkoholem. U mnie w pracy byli ludzie, którzy uważali mnie za pracownika, który jest tam bardzo długo. W tamtych czasach – to nie jest usprawiedliwienie – w zakładzie pracy wszyscy pili – zaznacza rozmówca.
Uważał on, że skoro dobrze pracuje, stara się dbać o rodzinę oraz wypełnia codzienne obowiązki, to wszystko jest na swoim miejscu. Nie dostrzegał jednak, że efekty jego uzależnienia coraz bardziej dotykają najbliższych mu osób. Nie był świadomy tego, że zadaje im ból, a prezentowane przez niego postawy i zachowania potęgują ich cierpienie.
– Wydawało mi się, że jeśli chodzę do pracy, zarabiam pieniądze, staram się, dbam o rodzinę, to że to wszystko jest w porządku. Ja jeszcze tego nie widziałem, że to jest cierpienie – wyznaje Aleksander.
W końcu organizm odmówił posłuszeństwa
Mężczyzna wspomina, że najtrudniejszego etapu jego życia w nałogu doświadczył, gdy miał około 25 lat. Wtedy odczuł konsekwencje spożywania alkoholu we własnym organizmie. Objawy, które dały mu się we znaki, dotyczyły zarówno sfery fizycznej, jak też psychicznej. Problem stał się na tyle poważny, iż Aleksander nie był w stanie chodzić do pracy.
– W wieku 25 – 26 lat zaczęły się pierwsze schody i zwolnienia lekarskie. Organizm odmawiał mi posłuszeństwa, ale już nie tylko psychicznie, lecz również fizycznie. W moim przypadku, to picie trwało niestety jakieś trzynaście lat, ale ten wcześniejszy czas to już było picie zabójcze, na umór – mówi Aleksander.
Żona walczyła o niego od ośmiu lat
Zanim mężczyzna bardzo namacalnie odczuł skutki długotrwałego sięgania po alkohol, przeszedł przez etap, jak to określił – „mocnej głowy”. Sam przyznaje, że ten czas okazał się ogromną próbą również dla rodziny. Nasz rozmówca zauważa, że żona Beta od początku ich znajomości trwała przy nim oraz znosiła wszystkie trudności, jakie wynikały z jego uzależnienia.
– To było osiem lat walki o mnie. Ja z początku myślałem, że to nie jest walka o mnie, tylko przeciw mnie. To była bardzo trudna sytuacja, bo funkcjonowałem na etapie tej tak zwanej „mocnej głowy”. Dzieci do przedszkola zaprowadzałem, bo Beatka chodziła do pracy na nocne zmiany, była pielęgniarką – zaznacza Aleksander. – To wszystko wyglądało tak, że choćbym chciał przerwać picie, to już nie potrafiłem bez tego funkcjonować. Gdy sobie trochę wypiłem, no to jakoś funkcjonowałem. Czas pokazał mi, że bez alkoholu ciężko było stać. Potrzebowałem go, żeby zrobić zakupy, zająć się dzieckiem – dodaje.
Punktem zwrotnym była diagnoza
W wieku 27 – 28 lat Aleksander znalazł się na terapii. Namówiła go do tego żona. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo postawiona przez panią Bogusię diagnoza już w pełni uświadomiła naszemu rozmówcy, że trzeba podjąć walkę.
– Diagnoza mogła być tylko jedna, że to alkoholizm i to taki książkowy, stuprocentowy. Byłem bardzo szczęśliwy, że przełamałem to. Czułem się wtedy bohaterem, ale u tej pani terapeutki to był wielki wstyd, upokorzenie, że będę chodził do poradni odwykowej. I poprosiłem panią Bogusię, żeby mi dała karteczkę dla mojej żony, że ja tam byłem. To była walka. Decydujące było te pierwsze pięć lat próby – wyznaje mężczyzna.
Zobaczył „zmęczoną, bezbronną kobietę”
Po roku pracy z panią terapeutką nasz rozmówca powtórzył leczenie. Znów bowiem sięgnął po alkohol, ale wtedy uświadomił sobie, że jeśli nie będzie dalej walczył, to przegra tę wojnę. Prawdziwą motywacją do zmiany okazała się jednak żona. Jej postawa doprowadziła do największego przełomu w życiu Aleksandra.
– Coś do mnie dotarło, gdy Beatka ze łzami w oczach powiedziała: ja cię kocham, ale ja już tak dalej nie mogę żyć, ja muszę zadbać o siebie. Już był Jakub, drugi syn, a Szymon miał sześć lat. I zobaczyłem jakby zmęczoną, bezbronną kobietę, która mówi, że mnie kocha, ale już nie potrafi tak dłużej żyć – zauważa mężczyzna. – Wtedy, jakby gdzieś we mnie Pan Jezus zadziałał. Coś we mnie pękło, że ja uczciwie – sam dla siebie – chciałem coś zrobić i podjąć to leczenie – dodaje.
Etap wzlotów i upadków stał się czasem zawierzenia
Aleksander wspomina, że próby walki o wyjście z nałogu były procesem bardzo złożonym. Uczęszczał na spotkania, które przynosiły dobre owoce, ale ciągle czegoś mu brakowało. Ten niedosyt powodował, że po wygranych bitwach przychodziły chwile słabości, jakim trudno było nie ulec. Na szczęście znalazł sposób na wypełnienie pogłębiającej się w nim pustki.
– Potrafiłem trzy miesiące nie pić, potrafiłem nawet dwa lata nie pić i znowu gdzieś upaść na dwa, trzy dni – podkreśla rozmówca. – Te lata prób, gdy przychodziły porażki, bardzo mocno działały na moją psychikę. Nie mogłem w lustro popatrzeć, jakby świat mi się zawalił. No bo dwa lata nie piję, staram się, pomagam innym, a sobie nie potrafię, bo dalej upadam. Wtedy pierwszy raz powierzyłem się Panu Jezusowi. Powiedziałem Mu, ale tak od serducha: zrób coś z tym, tylko rzeczywiście coś z tym zrób. Uratuj mnie, bo ja nie mogę tak dalej żyć – dodaje.
Zamiast pustki, pojawiło się szczęście
Po zawierzeniu Jezusowi życie naszego rozmówcy zmieniło się diametralnie. Sam przyznaje, że wydarzył się cud, bo człowiek na wskroś przesiąknięty alkoholem nagle już go nie potrzebuje. Mało tego – pustkę, którą odczuwał wcześniej, wypełnił Bóg.
– Pan Bóg udziela mi pogody ducha. Ja bym chciał to zatrzymać. Nieraz wyjdę przed dom i tak sobie myślę, że w środku jestem taki lekki, pogodzony. Czuję szczęście, namiastkę prawdziwej wolności. I tę radość, że mam wspaniałą żonę, że Bóg dał mi wspaniałych chłopaków. Jakby Pan Jezus oddał mi to, co jest dla mnie najcenniejsze – wolność, bo ja się dzisiaj czuję rzeczywiście wolny – wyznaje Aleksander. – Trzeba jednak codziennie to pielęgnować i rzeczywiście mieć minimum dyscypliny i jakby pukać, stukać i walczyć – dodaje.
Nowe spojrzenie na świat
Mężczyzna podkreśla, że obecnie funkcjonuje na zupełnie innym poziomie, bowiem w odmienny sposób patrzy na swoją codzienność. Jako człowiek wolny oraz otwarty na Boże prowadzenie, odczuwa radość i satysfakcję. Zaznacza jednak, że nie jest łatwiej, bo napotyka wiele trudności, ale na pewno – lepiej. Ważna jest dla niego przede wszystkim jakość życia, które teraz prowadzi.
– Wstajesz rano, są te same trudności, te same sprawy, ale ty dostajesz ten dar, że na to zupełnie inaczej patrzysz. Jeszcze jest gigantyczna radość, że ja utrzymuję tę trzeźwość. Ona dzisiaj się wydaje mi taka dana i to jest też błąd, bo nic nie masz dane raz na zawsze. Ale jest taka satysfakcja, jak się udaje – zauważa Aleksander.
Mimo wszystko życie go nie oszczędza
Przemiana życia nie oznacza końca problemów czy trudności. Jak wspomina nasz rozmówca, one pozostają, ale człowiek jest w stanie stawić im czoło. Ma więcej sił, determinacji, a w walce podtrzymuje go wiara oraz nadzieja. Poza codziennymi troskami, mężczyzna zmierzył się również z ogromną stratą, jaka pozostawiła w ojcowskim sercu wielką ranę. W wieku 30 lat zmarł jego syn, Szymon. Pogodzenie się ze śmiercią osoby, która także walczyła z uzależnieniami i odeszła, będąc na lepszym etapie życia, okazało się bardzo trudne. Historia Szymona jest niezwykle przejmująca oraz chwyta za serce. Aleksandrowi pozostaje już tylko nadzieja, że jego syn osiągnie zbawienie.
– To jest nadzieja, którą mamy z wiary, która wynika z faktu zmartwychwstania Jezusa. Nikt z nas nie może stwierdzić, czy ktoś jest zbawiony czy niezbawiony, ale jak poznajemy Jezusa, to wiemy, że nawet jeśli po ludzku może czasem coś wygląda źle, to nie znaczy, że Jezus nie ma w tym swojego zamysłu, jakiegoś planu. Że nie wykorzystuje i nie czyni z tego jakiegoś dobra, którym jest ostatecznie życie wieczne człowieka. I Bóg potwierdza to znakami, uspokaja nas, że ten człowiek jest zbawiony – mówi Aleksander Melerowicz.
Jeśli chcesz lepiej poznać świadectwo Aleksandra Melerowicza, koniecznie odsłuchaj całą rozmowę z naszym gościem. Bohater najnowszego odcinka serii JESTEM opowiada o swoim uzależnieniu od alkoholu i zmianie życia. Wygrał walkę z nałogiem, pozostając od 26 lat w abstynencji.